Usłyszałem otwieranie drzwi i...szybko wyskoczyłem przez okno.
-Do kurwy nędzy...gdzieś musieli się schować!-usłyszałem tylko tyle ze strony policjantów, ponieważ próbowałem dogonić chłopaków. Zobaczyłem ich skradających się pod jednym oknem w jakimś domu. Szli na kolanach ponieważ było tam oświecone światło i to znaczyło, że ktoś tam jest i może nas nakryć. Gdy oni byli trochę dalej, podbiegłem i wręcz rzuciłem się na nich.
-AAAAAAAAAAAAAA...-zaczęli kwiczeć jak baby, a szczególnie Louis, którego przez przypadek kopnąłem kolanem w czułe miejsce, jak się na nich rzuciłem.
-Zayn! Debilu! Mogą nas usłyszeć!-zaczął wydzierać się na mnie Niall.
-Nie usłyszą, spokojnie. A teraz koniec tych pogaduchów. Lecimy do domu.-
-Jak to lecimy? To my mamy skrzydła?-zapytał Harry. Ja i pozostała trójka podnieśliśmy jedną brew, kiedy ten idiota zaczął wymachiwać rękami i podskakiwać.
-Musisz to zrobić z rozbiegu.-zażartował z niego Lou. Hazza chyba wziął to na poważnie, ponieważ rozbiegł się, po 2 sekundach biegnięcia podskoczył wymachując rękami.
-Czy pod moją nieobecność on coś ćpał?-
-Haha...chyba byśmy widzieli. No nie?-próbowałem utrzymać Harry'ego w jednym miejscu, ale on ciągle podskakiwał.
-Niech biega, przynajmniej szybciej uśnie...-powiedział blondyn. Zaśmialiśmy się po czym Liam, jedyny normalny, pomógł mi uspokoić Hazze i zanieś go do auta. Wsadziliśmy go na tylne siedzenie, po czym ja poszedłem na miejsce kierowcy.
-Daleko jeszcze?-pytał się po raz setny Harry.
-Nie.-
-Mówisz tak od kilkunastu minut i co? Nadal nie dojechaliśmy.-
-Boże! Zamknij swój kaczy ryj, albo Cie tu wysadzę i pójdziesz na piechotę!-Zacząłem się wydzierać na przyjaciela.
-Nie miłe.-mruknął pod nosem. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy pod dom. Czemu dopiero po kilkunastu minutach? Bo Harry'emu zachciało się siku i musieliśmy czekać za nim na stacji benzynowej. Weszliśmy do domu. Było jakoś dziwnie cicho.
-Tylko nie hałas...-nie dokończyłem, ponieważ Harry już zbił wazon. Wszystkie pary oczów powędrowały na niego.
-To nie ja.-przewróciłem oczami. Wchodząc po schodach zauważyłem kogoś na nich.
-GIŃ ZŁODZIEJU, GIŃ!!!-no tak to była Sarra. Zaczęła mnie bić kijem bejsbolowym.
-Uspokój się. To tylko my.-powiedziałem wydzierając jej kij z ręki kiedy nie przestawała mnie bić. Oświeciłem światło.
-O to wy. Sorry...-
-Nic się nie stało. Ale następnym razem pytaj się kto to!-powiedział Hazza.
-A ty następnym razem mów lub dzwoń, że gdzieś jedziesz!-
-Martwisz się o mnie?-Harry podniósł jedną brew.
-Pff...chciałbyś.-powiedziała i wróciła do pokoju.
-To było niemiłe.-
**Następny dzień**
**Perspektywa Alice**
-Czyli to znaczy, że będziemy tu jeszcze jakieś 2 tygodnie?-zapytałam mojej przyjaciółki podczas spacerowania po parku.
-Tak.-
-To dobrze...-
-Dlaczego nie chcesz ich widzieć?-zapytała się kiedy usiadłyśmy na ławce. Zaczęłam jej wszystko opowiadać.
-Teraz już wiesz dlaczego się ich boję?-zapytałam na koniec mojej opowieści. Sarra pokiwała twierdząco głową.
-Ale wiesz, że nie odzywanie się do nich nic nie da?-
-Tak wiem. Ale to mi tylko przypomina o moim ojcu.-
-Naprawdę chcesz teraz go wspominać? On był chory. Najpierw zabił twoją matkę, a potem prawie ciebie. A teraz co? Siedzi w pierdlu i możliwe, że nawet niedługo z niego wyjdzie! I co wtedy bę...-przerwał jej dzwonek telefonu. Widziałam ja śmiała się podczas rozmowy. Po krótkim czasie wróciła.
-Kto dzwonił.-
-Tom. Muszę lecieć umówiłam się z nim w kawiarni. Papa.-
-Pa.-po co ona się z nim zadaje?! To jest tylko pieprzony dupek, który na pewno ją tylko wykorzysta i porzuci.
**Perspektywa Sarry**
Weszłam do kawiarni. Mój wzrok od razu przystanął na uśmiechniętym Tom'u. Usiadłam na krześle.
-Kupiłem Ci latte.-
-Skąd wiesz, że to lubię?-
-Jak byliśmy nastolatkami to zawsze chodziliśmy do kawiarni.-
-A może gust mi się zmienił...-uśmiechnęłam się.
-To masz problem.-wybuchliśmy niepohamowanym śmiechem.
-To było niemiłe.-
-Wiem. Ale taki już jestem. Przyzwyczaj się kochanie.-jak na razie to ja tylko przyzwyczaiłam się do słowa kochanie. Zawsze mówił tak do mnie.
-Okey, teraz na poważnie. Coś się stało, że tak nagle zadzwoniłeś?-
-Czy to, że zadzwoniłem ma zaraz znaczyć, że coś się stało?-nienawidzę gdy ktoś odpowiada pytaniem na moje pytanie.
-No tak...-
-No nie. Ja po prostu chciałem zobaczyć moją najpiękniejszą przyjaciółkę.-
-Jesteś kochany.-pocałowałam go w policzek.
-Wow. Powinnaś to robić częściej, ale gdzieś bardziej...tu-powiedział wskazując na swoje usta. Ja w odpowiedzi wystawiłam mu środkowy palec.
-Niemiłe.-
-Wiem. Ale taka już jestem. Przyzwyczaj się kochanie.-powiedziałam.
-A to już były moje słowa.-
-No właśnie! Były! Bo już nie są!-
-Ale teraz na poważnie...-przerwałam mu.
-Nie wiem czy potrafię.-znów zaczęliśmy się śmiać.
-Kiedy wyjeżdżasz?-
-Za dwa tygodnie.-
-Już? Nie możesz tu zostać?-
-Przykro mi, ale tam mam szkołę. Tatę. Maddy.-
Siedzieliśmy jeszcze kilka godzin ciągle sie śmiejąc. Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że jest 21.30.
-Okey. Ja już będę lecieć. Papa-
-Poczekaj odwiozę cię.-bez namysłu się zgodziłam.
********
-Spotkamy się jutro. O 15 w parku?-
-Jasne. Papa.-pocałowałam go w policzek. Kiedy spojrzałam na niego, zrobił smutną minkę i pokazał palcem na swoje usta. Pocałowałam go delikatnie, lecz on po chwili pogłębił pocałunek. Położył swoje dłonie na moich biodrach. Ja swoje splotłam na jego karku. Po kilku minutach oderwaliśmy się od siebie.
-To mi się podobało.-uśmiechnęłam się.
-To papa, kochanie.-pobiegłam do drzwi wejściowych. Weszłam do domu.
-Kto to był?-zapytał Hazza, zaraz jak weszłam.
-A co cię to?-
-To ja pytałem pierwszy.-powiedział przez zaciśnięte zęby.
-Na prawdę? Teraz będziesz jak przedszkolak?-powiedziałam i poszłam w stronę schodów. Nie zaszłam daleko, ponieważ poczułam szarpnięcie. Harry chwycił mnie za ramiona i obrócił tak, że teraz stałam twarz w twarz z nim.
-Pytam się ostatni raz. Kto to był?-
-T-t-t-t-om. Tom.-
-A co ja Ci kurwa wcześniej powiedziałem.-ścisnął mocniej moje ramiona.
-Nic mi nie mówiłeś.-
-Masz. Trzymać. Się. Od. Niego. Jak. Najdalej. Rozumiesz.-cały czas mówił przez zaciśnięte zęby.
-A niby dlaczego?-
-Bo on zabija ludzi. Rozumiesz. Dokładnie tak...-przerwałam mu.
-Dokładnie tak jak wy?-jeszcze bardziej zacisnął moje ramiona.
-Ty nic o nas nie wiesz. Nie masz prawa nas osądzać.-
-Wiem wszystko. Alice mi o wszystkim opowiedziała.-
-Nawet ona nie wie wszystkiego.-i jeszcze mocniejszy uścisk.
-Harry to boli! Puść mnie! Rozumiesz! Puść!-zaczęłam się wydzierać. On się tylko zaśmiał. Pytanie za sto punktów. Czy Harry jest pijany czy tylko taki głupi? O ja znam odpowiedź! Po prostu jest taki głupi. Ostatnimi siłami odepchnęłam go od siebie. Uderzyłam w twarz i pobiegłam do swojego pokoju. Spojrzałam w lustro. Moje ramiona są koloru ciemnego czerwonego, lub bordowe. Dotknęłam je. Syknęłam z bólu. To tak cholernie boli. Wzięłam mój telefon i napisałam SMS-a.
Do: Tom.
Błagam, zabierz mnie stąd!
Po chwili dostałam odpowiedź.
Od: Tom
Ale dlaczego? Co się stało? Okey, przyjadę. Będę za 15 minut.
Włożyłam telefon do kieszeni i usiadłam na łóżku czekając na Tom'a. Minęło równe 15 minut, a usłyszałam jak mój telefon zadzwonił, a po chwili połączenie zostało przerwane. Wiedziałam, że to on. Szybko zbiegłam na dół. Wyszłam z domu i wsiadłam do samochodu. Po drodze opowiedziałam Tom'owi o tym całym zajściu.
-A to gnojek! Zapłaci za to!-krzyczał uderzając pięściami o kierownicę. Resztę drogi spędziliśmy w ciszy.
-To tu.-powiedział wskazując na piękny dom. Weszliśmy do środka. Tom, poszedł na górę, a ja zanim. Chwilę grzebał w szafie. Potem ją zamknął i podszedł do mnie.
-Masz. Idź się przebrać.-powiedział dając mi swoją bluzę. Poszłam do łazienki. Przebrałam się w jego ciuch. Jego bluza sięgała mi prawie, że do kolan. Wyszłam z łazienki i podreptałam do jego pokoju. Weszłam do środka. Zobaczyłam, że Tom leży z telefonem w ręce. Weszłam pod kołdrę. Mój przyjaciel wstał i wziął koc.
-Co ty robisz?-
-Idę spać do salonu?-i znów mi to robisz! Odpowiadasz pytaniem na pytanie!
-Po jaki chuj idziesz do salonu?-
-Żeby spać?-
-Chodź.-odchyliłam kawałem kołdry. Mój przyjaciel niezdarnie położył się obok mnie.Po chwili przysunął się bliżej.
-Nie rozumiem jak ktoś może skrzywdzić tak piękną kobietę.-
-No jak widać. Ktoś może.-powiedziałam kładąc głowę na jego klatce piersiowej. Jego ręka wylądowała na mojej talii. Po krótkim czasie usnęłam.
Czy ja go kocham. NIE! To nie możliwe! A może jednak? Chyba jednak tak, chyba go kocham...
**********************************************
Wstawiłam rozdział dziś, ponieważ podkradłam komuś wifi! Następny za tydzień w poniedziałek! I oto w taki sposób zakończyłam rozdział 11! Pisałam go cały tydzień i jest!
Tu macie mój Ask
|
|
|
http://ask.fm/Sarrah2000